Piszę poezję i prozę, czasem również krótkie formy na pograniczu eseju i osobistej refleksji. Wracam do tematów człowieka, relacji, pamięci, wojny, miłości i samotności.
Tutaj zostawiam wybrane teksty i fragmenty mojej twórczości — nie po to, żeby opowiedzieć wszystko, ale żeby można było wejść trochę głębiej w mój literacki świat.
Я чула вибухи ввечері.
Чула їх уночі.
Чула вранці.
І кожного разу знала:
це наші.
Це десь у темному небі
збивають те,
що летіло нас убивати.
Дивна річ —
чути вибух
і відчувати не тільки страх.
Відчувати захист.
Бо поки я лежу
і рахую секунди між звуками,
хтось не спить.
Хтось дивиться в небо.
Хтось тримає його
над моєю головою.
Я зараз в Одесі.
Я не живу тут постійно.
Але цієї ночі
Україна знову була моїм домом.
Не тому, що тут тихо.
Тут зовсім не тихо.
Просто я дуже добре знаю,
чий це шум.
І знаю,
що між мною
і тим, що летить мене вбити,
стоїть моя країна.
Може, тому мені спокійно.
Не безстрашно.
Не байдуже.
Спокійно.
Бо я вірю тим,
хто сьогодні тримав небо.
Я вірю Україні.
І коли мене питають,
чи вірю я в перемогу,
мені навіть дивно відповідати.
Я ж чула її
цілу ніч.
Вірш написаний в Одесі після ночі, під час якої я чула роботу української протиповітряної оборони.
Стояло опудало серед городу,
Під сонцем гарячим і зливами дня.
І кожному здалеку здавалося гордим,
Хоч доля його була зовсім проста.
На плечі йому сідали ворони,
І вітер шарпав старий капелюх.
А воно все дивилось у даль за полями,
Якої не знало ніколи на слух.
Не йшло до ріки, не блукало стежками,
Не бачило світу за межами нив.
Лише стерегло те, що мало,
І жило так, як хтось вирішив колись.
Минали роки. І дощі, і світанки.
І осінь листям вкривала город.
Та найбільше сумувало опудало не за літом —
А за дорогою, якою не пішло.
Wiersz z tomiku poetyckiego „Мудрість поля” („Mądrość pola”).
Leżałam naga — jak w modlitwie
grzechu,
a on nade mną — bez pytań, bez śmiechu.
Piersi unosił jak trofea wojny,
usta miał twarde, głodne, spokojne.
Pośladki ściskał jak winne owoce,
a język jego — ogień po północy.
Wnikał powoli, z dumą zdobywcy,
aż drżałam cała... jak ziemia pod bykiem.
Jego biodra — rytm dziki i święty,
szeptałam tylko: „jeszcze... i więcej...”
Nie było świata — był tylko on,
i moje ciało, jak dzwon... jak dzwon... jak
dzwon.
Wiersz z tomu poezji erotycznej „Niegrzeczna - ja. Niegrzeczne słowa.”.
Od rana w mojej głowie panował tłok. Nie pierwszy raz, oczywiście, ale tym razem ktoś najwyraźniej postanowił zaprowadzić porządek i wprowadził numerki.
Na drzwiach gabinetu wisiała kartka informująca, że lekarz Rozsądek przyjmuje od ósmej do wyczerpania cierpliwości, a przypadki beznadziejne obsługiwane są poza kolejnością. Nad drzwiami świeciła czerwona siódemka. Na plastikowych krzesłach siedziała połowa mojego organizmu. Druga połowa stała, bo zabrakło miejsc.
Najbardziej niezadowolone było Serce. Wylosowało numer trzydzieści osiem i od początku uważało to za skandal. Twierdziło, że jego przypadek jest nagły, wyjątkowy i absolutnie nie może czekać. Mózg, który znał już podobne nagłe przypadki, zainteresował się tylko jednym: co tym razem?
Okazało się, że mężczyzna.
Informacja błyskawicznie obiegła poczekalnię.
Wątroba demonstracyjnie odwróciła wzrok, Żołądek jęknął, Kręgosłup zaklął, a Nerwy natychmiast rozpoczęły marsz od jednej ściany do drugiej. Ciśnienie, siedzące dotąd spokojnie pod oknem, uprzedziło wszystkich, żeby go nie denerwować, ponieważ bardzo łatwo może zrobić się wysokie.
Tylko Serce nie widziało problemu. Przecież jeszcze niczego nie zrobiło.
I właśnie to, zdaniem Mózgu, było najbardziej niepokojące.
Rozsądek wyjrzał z gabinetu. Miał biały fartuch, okulary zsunięte na koniec nosa i twarz człowieka, który od wielu lat żałuje wyboru specjalizacji. Wysłuchał zamieszania, spojrzał na Serce, potem na numer trzydzieści osiem, następnie na siódemkę świecącą nad drzwiami i bez najmniejszego wzruszenia nakazał czekać.
Serce wróciło na krzesło obok Godności.
Godność natychmiast odsunęła się kawałek. Miała jeszcze świeżo w pamięci poprzednie akcje ratunkowe i nie zamierzała kolejny raz zbierać Serca z podłogi.
Kolejka ruszyła.
Najpierw wszedł Żołądek. Wyszedł po dwóch minutach z receptą na regularne śniadania i bezwzględnym zakazem zastępowania ich kawą. Receptę zgniótł i schował do kieszeni, bo oboje wiedzieliśmy, że zalecenia lekarzy są ważne przede wszystkim wtedy, kiedy nie komplikują człowiekowi życia.
Potem przyszła kolej na Wątrobę. Jej wizyta była krótka. Lekarz zalecił odpoczynek. Wątroba przyjęła tę informację z godnością osoby, której właśnie zaproponowano wakacje na Marsie. Zasugerowała jedynie, żeby lekarz spróbował przekazać to zalecenie właścicielce organizmu.
Kręgosłup wszedł następny, a wyszedł z wypowiedzeniem. Oświadczył, że ma dość noszenia całego życia na plecach i chętnie przeniesie się do kogoś, kto potrafi czasem coś odłożyć.
W międzyczasie sytuacja w poczekalni zaczęła się pogarszać. Pamięć zgubiła swój numerek. Koncentracja wyszła na chwilę i już nie wróciła. Cierpliwość wytrzymała do południa, po czym oznajmiła, że ma to wszystko gdzieś, i trzasnęła drzwiami.
Nadzieja trzy razy przepuściła swoją kolejkę, przekonana, że ktoś na pewno potrzebuje jej bardziej.
Tylko Intuicja siedziała spokojnie pod oknem. Nie miała nawet numerka. Twierdziła, że będzie wiedziała, kiedy nadejdzie jej czas. Mózg uważał ją za nieznośnie przemądrzałą, ale doświadczenie podpowiadało mu, że lepiej nie mówić tego głośno.
Wreszcie nad drzwiami pojawiła się liczba trzydzieści osiem.
Serce zerwało się z miejsca. Godność próbowała je jeszcze zatrzymać, ale Serce wyjaśniło, że właśnie dlatego idzie do Rozsądku, żeby tym razem zrobić wszystko porządnie.
Godność nie była przekonana. Podejrzewała, że Serce nie idzie po poradę, tylko po pozwolenie.
W gabinecie Serce dostało serię standardowych pytań. Objawy również okazały się standardowe: myślenie o kimś, tęsknota, wyobrażanie sobie rzeczy, które jeszcze się nie wydarzyły, i czekanie.
Największy problem pojawił się właśnie przy czekaniu. Rozsądek chciał wiedzieć, na co konkretnie Serce czeka, a Serce nie potrafiło odpowiedzieć.
Próbowało ratować sytuację słowami „może” i „gdyby”, ale lekarz poinformował je, że pierwszego nie przepisuje, a drugie dawno wycofano z obrotu z powodu zbyt wielu skutków ubocznych.
Ostatecznie zalecił Sercu po prostu bić.
Nie zabronił mu kochać. Wytłumaczył tylko, że jest Rozsądkiem, a nie grabarzem.
Serce wyszło wyraźnie spokojniejsze. Godność natychmiast zainteresowała się mężczyzną, ale sprawa została odłożona. Ustalono, że jeżeli mężczyzna będzie chciał wejść do mojego życia, może sam wziąć numerek. Mózg zaproponował dodatkowo sprawdzanie dowodu osobistego i historii wcześniejszego leczenia.
Wtedy na wyświetlaczu pojawiło się trzydzieści dziewięć.
Nikt nie wstał.
Rozsądek wywołał numer ponownie.
Serce miało trzydzieści osiem. Mózg utrzymywał, że jest tylko osobą towarzyszącą. Kręgosłup formalnie znajdował się już na okresie wypowiedzenia, Pamięć nie wiedziała, czego szuka, a Nerwy zniknęły bez słowa.
Dopiero wtedy zauważyłam kartkę, którą od rana trzymałam w dłoni.
Trzydzieści dziewięć.
To była moja kolej.
Weszłam do gabinetu i usiadłam naprzeciwko Rozsądku.
Chciałam opowiedzieć mu o Sercu, ale Serce już przyjął. O bolącym Kręgosłupie również wiedział. Żołądek dostał receptę, Wątroba zalecenia, a z Nerwami, jak stwierdził, znał się niestety osobiście.
Zostałam więc bez objawów.
Rozsądek chciał wiedzieć, po co właściwie przyszłam.
Nie wiedziałam.
Od rana siedziałam w poczekalni, ponieważ czekałam na swoją kolej. Tylko że kiedy wreszcie nadeszła, nie potrafiłam powiedzieć, do czego właściwie miała to być kolej.
Rozsądek westchnął i wypisał receptę.
Życie.
Jedna dawka dziennie.
Najlepiej od zaraz.
Nie czekać na poprawę warunków.
Zapytałam o skutki uboczne.
Lista była długa: miłość, rozczarowania, śmiech, strach, głupie decyzje, dobre decyzje, przypadkowi ludzie, nieprzypadkowi ludzie, brak pieniędzy, nadmiar nadziei i okazjonalne motyle w brzuchu.
Brzmiało niebezpiecznie.
Rozsądek uznał jednak, że w moim wieku powinnam już zdawać sobie z tego sprawę.
Wstałam i ruszyłam do drzwi. Przed wyjściem chciałam jeszcze zapytać, co zrobić, jeżeli kiedyś znowu zjawię się tutaj z powodu jakiegoś mężczyzny.
Rozsądek zdjął okulary, potarł oczy i poprosił tylko o jedno:
— Byle nie przed poniedziałkiem.
Wyszłam.
Za mną Serce, Mózg, Godność, Kręgosłup i cała reszta.
Brakowało tylko Nerwów.
Znaleźliśmy je przed budynkiem. Paliły papierosa.
Powiedziałam im, że idziemy żyć.
Nerwy zaciągnęły się głęboko i pokiwały głową.
— Wiedziałem, że na tym się skończy.
Tekst powstał jako zadanie twórcze dla Grupy Twórczej „Źródłosłów”.
Я приїхала в Сердицю перед Різдвом. Не в сам день — на день раніше, коли свято ще тільки збирається в повітрі, як дим над полями. Ліс стояв темний і близький, село було тихе, і мені здавалося, що тут час іде інакше, повільніше, ніби знає, що не треба поспішати.
Бабця вже топила піч. Робила це завжди сама. Дрова мусили бути сухі, не надто товсті, не надто тонкі. Вона складала їх без зайвих рухів, так, ніби піч була продовженням її рук. Я стояла поруч і боялася. Не печі — себе. Боялася щось зіпсувати, переплутати, зробити не так. Це було велике свято, і в ньому не було місця помилці.
Вона давала мені завдання, і я виконувала їх мовчки. Носила дрова, просівала борошно, подавала миски. Я мовчала, бо вона все одно говорила. Розповідала, як паляниці пекли, як дівчата кликали голодного пса, щоб дізнатися про долю, сміялася тихо, не відволікаючись від тіста.
Коли бралася його місити, світ зникав. Не було нічого, крім руху її рук. Я ніколи не бачила, щоб вона сумнівалася. Коли дрова згоріли і в печі залишилося тільки рівне, тепле вугілля, бабця перехрестила хліб. Потім — себе. І тільки тоді поставила бритванки в піч. Я дивилася і запам’ятовувала, як дихають ці рухи. Мені здавалося, що я вчуся назавжди.
Вона часто згадувала свою маму. Говорила про неї просто, без жалю, ніби про людину, яка вийшла з кімнати й от-от повернеться. Я знала, що в них було п’ятеро дітей і троє померли ще малими. Слова «малярія» тоді для мене нічого не важили, але я відчувала, що смерть у цій родині була чимось знайомим, майже буденним, як холод у січні.
Піч вона відкрила в ту мить, коли треба. Не раніше. Не пізніше. Маківники були теплі, важкі, такі, яких більше ніде не було і не буде. Я знала це вже тоді, хоча не вміла назвати.
Тепер хата стоїть порожня. Піч стара і не годиться до роботи. Я знаю, як її розпалювати. Я бачила. Я пам’ятаю. Але я не пробую. Я не печу маківників, бо жодні не будуть тими. У цьому знанні є межа, через яку не повертаються.
Я везу з Сердиці не рецепт і не навичку. Я везу відчуття точного часу — коли відкривати піч і коли мовчати.
І цього вже достатньо, щоб жити інакше.
Текст написаний як домашнє творче завдання для Літературної академії «Риба».
Ania wyciągnęła telefon i przeczytała mu krótki wiersz, który niedawno zamieściła na swojej stronie. Słowa, które dla niej były codziennym językiem myśli, dla Zbyszka brzmiały jak echo odległej historii, pełne bólu, nadziei i delikatności.
Zbyszek milczał, a jego oczy powoli nabierały głębi. Ania poczuła, że w nim rodzi się coś niezwykłego — jakby odkrył w sobie uczucia, których nie spodziewał się nosić. Każde zdanie w wierszu wydawało się rozświetlać zakamarki jego wspomnień i emocji.
— Nie wiedziałem, że… człowiek może w sobie nosić tyle… — zaczął, ale urwał. W jego głosie pobrzmiewała mieszanka zdziwienia i cichego wzruszenia.
Ania poczuła, że jej pisanie ma znaczenie. Nie chodziło już o krytykę ani o to, kto przeczyta jej słowa. To, że jej wiersze potrafią dotrzeć do serca drugiego człowieka, było wystarczającym dowodem ich siły.
Zbyszek uśmiechnął się lekko, a potem w geście pełnym szacunku pocałował ją w czoło. Ta chwila zawisła w powietrzu jak cisza po ostatnim akordzie muzyki, pełna znaczenia, które trudno było ubrać w słowa.
Fragment opowiadania „Dom, który pachniał kawą” z książki „Nie umiem czuć lekko”.
Kiedy zaczynałam pisać, chciałam, by moje nazwisko coś znaczyło.
By stało się marką, podpisem, dowodem istnienia.
Dziś wiem, że to słowa są ważniejsze ode mnie.
One przeżyją mnie, zmienią się, będą powtarzane w innych głosach,
czasem nawet wbrew mojej woli.
Czy to znaczy, że autor przestaje istnieć, gdy tekst zaczyna żyć?
Może właśnie wtedy się rodzi.
Bo autor nie jest tylko tym, kto pisze,
lecz tym, kto pozwala, by świat przemówił przez niego.
Słyszałam kiedyś zdanie:
„Autor to ten, kto znika najpiękniej.”
I myślę, że coś w tym jest.
Pisanie to nie sposób, by być widocznym —
to sztuka znikać z godnością,
pozostawiając po sobie światło między literami.